Tygrysek na statku

Tygrysek z rodzicami wyjechał nad morze. Na ten wyjazd czekał już od dawna, bo lubił morze. Lubił ten szum fal i plaże, gdzie na piasku można było do wieczora budować zamki. No i te wycieczki do portu, w którym wspólnie z tatą oglądał wielkie statki i żaglowce. Tygrysek marzył, aby kiedyś również wypłynąć w rejs dokoła świata.

Tego dnia słoneczko przygrzewało wyjątkowo mocno, co nie zachęcało do zabaw, bo łatwo można było się poparzyć. Mamusia poprosiła, by syn położył się na kocyku pod parasolem. Tygrysek posłusznie położył się i zrobiło mu się błogo: szum morza, ciepło i lekki wiaterek sprawiły, że zasnął….

– Cała załoga do żagli! – usłyszał nagle głos z oddali. Głos brzmiał bardzo stanowczo. ”Bę, bę” – zabrzmiał dźwięk dzwonu, a po chwili tupot wielu bosych stóp. ,,Rety, gdzie ja jestem?” – pomyślał Tygrysek i otworzył oczy. Wokół nie było plaży, ludzi, morza. Było za to długie pomieszczenie, w którym na środku stał duży, drewniany stół, a po bokach, pod sufitem, wisiały liczne hamaki. Tak, to był żaglowiec! Teraz Tygrysek przypomniał sobie opowieści taty, który był pasjonatem morza. Opowiadał mu wielokrotnie o tym, jak dawno temu ludzie pływali na żaglowcach i jak wyglądało miejsce pod pokładem, gdzie spały ich załogi. Tata mówił, że to miejsce nazywa się kubryk.

– A więc jestem w kubryku. Hurra! – pomyślał. Nie wiedział wprawdzie jak to się stało, że z plaży przeniósł się na żaglowiec, ale co tam, ważne że marzenie o wielkiej wyprawie zaczęło się spełniać. Z radością wyskoczył ze swojego hamaka i ruszył w kierunku stromych schodów prowadzących na górę. Chwilę potem był już na pokładzie. Poczuł na twarzy świeży powiew wiatru i zobaczył wspaniały widok: białe żagle i liny, które ciągnęli marynarze. Byli ubrani w takie śmieszne koszulki w biało niebieskie paski.

– Ha! Jesteś wreszcie! Ileż można na ciebie czekać?! – rozległ się tubalny głos. To był kapitan żaglowca. Tygrysek poznał go po kapitańskiej czapce i pięknym mundurze. – Przynieś mi chłopcze gorącej herbaty z kambuza. No i powiedz kukowi, że obiad ma być o trzeciej.

– Kambuz? Kuk? – zapytał siebie w myślach Tygrysek. – Ach tak! – Przypomniał sobie. -Kambuz to kuchnia na statku, kuk to kucharz! A ja jestem chłopcem okrętowym! – jakże był wdzięczny tacie za te wszystkie morskie opowieści, które chłonął w długie zimowe wieczory. Oczywiście natychmiast spełnił polecenie przynosząc zamówiony kubek herbaty. Zauważył jednak, że kapitan był jakiś markotny.

– Co się stało panie kapitanie? – zapytał rezolutnie.

– Mamy wielki problem – odrzekł dowódca. – Zepsuł się nam kompas. To takie urządzenie, dzięki któremu wiadomo w jakim kierunku należy płynąć.  Jesteśmy na środku morza i chyba się zgubiliśmy. Może masz jakiś pomysł? – zapytał i uśmiechnął się smutno.

Tygrysek nie miał pomysłu, bo przecież pierwszy raz znalazł się na morzu. Ale… zaczął się zastanawiać. Usiadł przy maszcie i wyciągnął paczuszkę swoich ulubionych pałeczek  kukurydzianych. Zagryzł jedną, potem drugą. Smakowały wyśmienicie. Spojrzał w górę na żagle i zobaczył kilka mew, które krążyły nad masztem. I nagle… wpadł mu do głowy pomysł.

– Kapitanie! – wykrzyknął. – Już wiem. Jesteśmy uratowani! Po prostu musimy płynąć za mewami. One doprowadzą nas do lądu!

– Tak, masz rację chlopcze – uśmiechnął się kapitan. – Na mewy zawsze można liczyć. Wszyscy do żagli! – zakrzyknął.

Morze zaszumiało głośniej niż dotąd…

– Tygrysku, obudź się – usłyszał głos taty i delikatny dotyk na ramieniu. – Zaraz trzecia, musimy iść na obiad.

Tygrysek ze zdziwieniem podniósł głowę. Nie był już na żaglowcu, tylko na kocyku, na plaży, pod parasolem. Zrozumiał, że cała historia z żaglowcem po prostu mu się przyśniła. Postanowił o niej opowiedzieć tatusiowi. Był bardzo ciekaw, czy rzeczywiście ptaki mogą doprowadzić zbłąkanych żeglarzy do lądu. Tata, zachwycony opowieścią syna, potwierdził, że dawno temu rzeczywiście tak było. Mewy dawały ludziom na morzu nadzieję na szczęśliwy powrót do domu.

Następnego dnia pogoda była kiepska, więc obaj wybrali się ponownie do portu. Na burcie jednego z żaglowców Tygrysek zobaczył białą mewę. Gdy podszedł bliżej wyraźnie usłyszał cichutki pisk.

– Pamiętaj, aby nigdy, przenigdy i w żadnej sytuacji, nie tracić nadziei – powiedziała mewa mrugając okiem.

Autor: Dominik Szczap

Opublikowano
Umieszczono w kategoriach: Bajki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *